Rozdział 1
„Zacznę
moje życie od nowa, od samego początku”
4 lata wcześniej
-Nie wyjeżdżaj, nie
zostawiaj mnie tu z nią!- błagam, żeby mnie zabrał, aby się mną zaopiekował.
-Będę dzwonić,
poproszę tatę i też z nami zamieszkasz. Wrócę po ciebie, obiecuję- obejmuje mnie
na pożegnanie, wsiada do taksówki i jedzie w nowe, lepsze życie.
„Będę czekać
braciszku, wiem, że mnie zabierzesz, przecież jesteśmy rodzeństwem,
przyjaciółmi.”
-Wracaj do domu
gówniaro, już!- wrzasnęła i po raz pierwszy się na mnie zamachnęła.
3 lata wcześniej
Ostatni raz to zrobiła,
ostatni raz pozwoliłam podnieść jej na mnie dłoń. Boli. Mam dość, dość tego
życia, tego świata. Który to już raz, nie ma już dość? Dlaczego na swój cel
postawiła zmienienie mojego życia w piekło, dlaczego nie może mnie pokochać? Po
co tu jestem? Aby zarabiać na jej kolejne używki? Aby stwarzać pozory dobrego
domu? Równie dobrze mogłaby mnie nie mieć, co by to zmieniało.
2 tygodnie temu
Biorę do ręki srebrne
ostrze. Jego powierzchnia jak zawsze błyszczy chłodnym, metalicznym błyskiem,
które tyle razy już mi towarzyszyło. Zawsze z tym samym skutkiem. Biorę zamach.
Z rany sączy się ciepła, czerwona substancja, tak ważna w życiu człowieka.
Podłoga przybiera odcień szkarłatu, przed oczami mam pierwsze mroczki. Ten
stan, ile już go razy zaznałam, nie zliczę. Przecinam skórę po raz drugi, tym razem
na drugim nadgarstku. Tryska krew, nic
już nie widzę. Żaden bodziec już do mnie nie dociera, nie czuję nic. Popadam w
błogostan. Czy po raz pierwszy ma mi się udać? Czy naprawdę już nie powrócę?
Oślepia mnie łuna jasnego
światła. Otwieram oczy widzę salę szpitalną, słyszę pikanie maszyn. Nadgarstki
owinięte mam bandażem. Czyli znowu nie wyszło?
Obecnie
Szłam powoli ulicą,
zastanawiając się co zastanę w mieszkaniu. Czy znajdę ją odurzoną do nieprzytomności, czy może napadającą na mnie
w ataku furii. Przy ludziach znana jako szanowana pani doktor, lecz ja jej tak
nie widziałam. Była urzeczywistnieniem najprawdziwszych koszmarów, matki znanej
z dramatów obyczajowych, puszczanych w telewizji tak często. Może użyła jednak czegoś innego? Może tym
razem zaprosiła znajomych i razem z nimi popijała napój, który tak strasznie
wyniszczał jej organizm, zabijał wątrobę. Mogłam się spodziewać po niej
wszystkiego, nawet kolejnego gacha w jej łóżku. Tak strasznie miałam jej dość.
Bałam się. Bałam się,
ale nie o nią, nie o siebie. Bałam się o coś, a raczej kogoś cenniejszego.
Bałam się o Sammy. Jest taka malutka, taka drobniutka, że wydawałoby się, że
najmniejszy podmuch by mógł mi ją zabrać. To ona, moja malutka siostrzyczka
jest jedynym powodem mojego prawdziwego uśmiechu, tylko ona się dla mnie liczy.
Weszłam do domu,
domu, który powinnam kojarzyć z najmilszymi wspomnieniami, domu, do którego
pragnęłam wracać, domu, w którym ktoś mnie chciał. Tego domem nazwać nie mogę,
to jest tylko budynek, zwykłe okrycie. Bez atmosfery rodziny jest niczym.
Przeszłam przez
drzwi, skierowałam się do jej sypialni, chcąc sprawdzić jej stan. Czy chociaż
jest przytomna? Czy niczego nie zrobiła małej?
Weszłam do pokoju,
leżała na łóżku, w dokładnie tej samej pozycji co rano. Podeszłam do niej,
szarpnęłam za ramię, aby obudzić. Nie zareagowała. Dotknęłam jej dłoni, była
zimna niczym lód. Jaj klatka się nie poruszała. Przyłożyłam dwa palce do jej szyi. Sprawdziłam puls. Jej
serce stanęło. Już nie żyła. Wzięłam telefon, zadzwoniłam po karetkę, ale w
zasadzie to po co jej. Nikt i nic nie wróci jej życia. Wreszcie odetchnęłam z
ulgą. Nareszcie koniec.
*
Siedziałem na fotelu,
czytałem książkę. Lecz nie dane było mi jej skończyć. Na kanapie obok mnie
usiadł Harry i wyrwał otwartą lekturę z mojej dłonie. Po tym jak wczoraj
zaszalał nadal trzymał go w swoich objęciach, jego najczęściej spotykany
przyjaciel –kac. Jest taki młody, a już niszczy swoje zdrowie. Czemu on to
robi? Dla frajdy? Dla szpanu? Powinienem go mocniej pilnować, pilnować jak
pilnuje się rodzeństwa.
-Louis, list do
ciebie- do salonu wszedł Liam i podał mi kopertę.
Zaadresowana była do
mnie i do ojca. Szybko zawołałem tatę,
po czym zacząłem rozdzierać papier. Na eleganckiej karcie widniały
słowa: „ Najszczersze kondolencje z powodu straty Meredith Tomlinson…”.
-Tak mi przykro-
otulił mnie swym ramieniem Liam i zebrał chłopaków.
Nie wiedziałem czy
płakać. Nie wiedziałem czy się cieszyć. Nienawidziłem matki z całego serca.
Tyle złego wyrządziła mi i mojej siostrze. Ale to w końcu matka.
Teraz, gdy jej jedyny
opiekun prawny nie żyje, siostry trafiły pewnie do jakiegoś ośrodka, a później
przeniosą je pewnie do domu dziecka. Jak one się musi czuć? Co ja im zrobiłem?
Obiecywałem, obiecywałem, że je stamtąd zabiorę. Nie dotrzymałem słowa,
oszukałem ją. Teraz jest za późno, aby to naprawić, i tak mi nie wybaczą, nie
po tym wszystkim. Szczególnie Nina musi czuć się źle. To ona na pewno
opiekowała się Sammy, gdy ich, to znaczy nasza matka zaliczała kolejne meliny. Co mogę zrobić, nie rozmawiałem z nią od czasu
wyjazdu, nienawidzi mnie. Ojciec nie może jej przygarnąć, musiałaby się
zgodzić, a tego w życiu nie zrobi. Naszła mnie myśl: „ Jestem pełnoletni, dużo
zarabiam, mogę zapewnić im opiekę. Adoptuję je, nie będą musiała dać zgody, bo
sąd uzna, że to dla ich dobra.” Tylko co zrobię z faktem, ze nie umiemy ze sobą
porozmawiać. Nina nadal ma mi za złe, że ją zostawiłem, to się nie zmieni. Jest
na mnie wściekła. W sumie, nawet jak razem mieszkaliśmy, to za sobą nie
przepadaliśmy. Życzyłem jej wtedy najgorszego. Była wredna, złośliwa i pyskata.
Jak
ją adoptuję ten diabeł wcielony jeszcze wydrapie mi serce, gdy nie będę
patrzeć. Co z nim zrobi nie wiem, ale poproszę kogoś, aby w momencie, gdy się
na mnie zamachnie, wrzucił ją pod pociąg, to chyba najlepsze rozwiązanie.
Takiego rodzeństwa nie życzę nikomu. Chociaż jednak to moja siostra…
Największemu wrogowi nie kazałbym żyć
takim miejscu jak Dom Dziecka. To trudny orzech do zgryzienia, ale w
końcu rodziców mamy wspólnych, a więc i pokrewieństwo. Jestem jej bratem, nie
zrobię jej tej krzywdy ( choć nie mówię, że momentami bym nie chciał), aż tak
okropny nie jestem. Chyba…
*
5 lipca 2012,
przełomowa data w moim życiu. To dziś po raz ostatni ją zobaczę, po raz ostatni,
będę musiała udawać, że mi na niej zależy, ostatni raz. W dzień jej
trzydziestych dziewiątych urodzin.
Zjawiło się tyle ludzi. Współpracownicy,
sąsiedzi, rodzina. Wszyscy tu są. Nawet ON i ojciec przyszli. Teraz, gdy ona
już nie żyje, nagle sobie przypomnieli.
Mała trzyma mnie za
rękę przerażona nową sytuacją. Nie była z matką jakoś szczególnie związana, ale
w końcu to jeszcze dziecko i przeraża ją zjawisko śmierci. Nie do końca chyba
je rozumie. Myśli zapewne, że matka zaraz wstanie i na nią na krzyczy, za to,
że nie pozwala jej spać.
Przychodzi ksiądz,
prowadzi mszę. Opowiada o niej tak piękne rzeczy, które miały miejsce, ale
tylko i wyłącznie w przychodni. Mówił, że była cudowną matką, kochającą żoną i
wspaniałą przyjaciółką. Chciałabym, aby to było prawdą. Chciałabym mieć kiedyś
normalną rodzinę, chciałabym dom, dom, do którego mogłabym wrócić bez
obaw, że ktoś mnie uderzy. Dlaczego
nikt mi nigdy nie pomógł, czemu pozwalają
by ksiądz kłamał. Gdyby tylko znał prawdę…
Obserwuję trumnę.
Obserwuję kobietę leżącą w niej. Obserwuję osobę, która dopiero teraz uwolniła
się od uzależnień. Obserwuję powód moich największych cierpień, koszmarów,
trosk. Opiekowała się mną tylko przy ludziach, aby nikt nie zauważył kim się
stała. Potrzebowała mnie, aby stwarzać pozory normalności. Ojciec tego nie
wytrzymał i gdy miałam 5 lat zostawił nas. Osiem lat później zabrał mi moje
jedyne oparcie- brata. Przez kolejne lata musiałam sama sobie z nią radzić,
wytrzymywać, żyć. Czy to było proste? Nie. Czy bolesne? Potwornie. Czy moja
praca została jakoś nagrodzona? Nie! Więc dlaczego to robiłam? Dlaczego nie
uciekłam i nie spróbowałam żyć na własną rękę? Dlaczego? Bo mam niepełne
siedemnaście lat. Tylko dwie rzeczy mnie przy niej trzymały- wiek, gdyż jako
osoba niepełnoletnia, posiadająca jednego opiekuna prawnego nie mogłam się
jeszcze wyprowadzić oraz Sammy, mała, słodka Sammy. Ucieleśnienie prawdziwej
radości i pogody ducha. Moja mała siostrzyczka.
Spojrzałam na Louis’
a jeszcze raz. Wyglądał na przygnębionego, tylko czym? No tak przecież synek
idealny musi ukazać choćby pozory smutku. Zawsze był lepszy, zawsze ważniejszy.
Tylko co ja takiego zrobiłam, że nie zasłużyłam na takie życie jak on? Zawsze
słuchałam rodziców? Byłam grzeczną uczennicą? Zarabiałam na siebie?
Kazali mi podejść do
grobu i wrzucić na wieko jej trumny różę, jedyny i ostatni prezent jaki dostała
na urodziny. Msza żałobna skończyła się,
musimy wracać do ośrodka. Odczekać tam niecałe
dwa lata i jestem wolna, naprawdę wolna. Wywalczę prawa nad Samanthą i razem damy
sobie radę. Zacznę moje życie od nowa,
od samego początku.
Jechaliśmy obszerną
drogą, okrążającą stary, dębowy las znajdujący się tuż przy moim starym domu.
Uwielbiałam uciekać w to miejsce. Po każdej sprzeczce trafiałam właśnie tu. Jak
poszło się głęboko w las, można było dotrzeć do małego jeziorka. Nad jego taflą
zawszę unosiła się mgła, ukazywała jego tajemniczą stronę. Wokoło zarośnięte
było mchami, liliami i tatarakami. Nieuważny mógłby zrobić krok za dużo i
zniknąć pod jego powierzchnią. Nieraz zanurzałam się w nim na całe godziny.
Schodziłam pod wodę i wsłuchiwałam się w jej szum. Działało to na mnie jak
środki uspokajające. Od zawsze lubiłam pływać, to pomagało mi się relaksować.
-Nino, Sam mamy wam
do przekazania ważną wiadomość- usłyszałam głos mojej opiekunki Sashy.
-Słucham- burknęłam w
odpowiedzi.
-Otóż za kilka dni
przenosicie się do Londynu…- mówiła, a ja nie rozumiałam o co jej chodzi.
Dopiero co zamieszkałyśmy w ośrodku.
-Po co?- przerwałam
jej niezbyt grzecznie.
Wzięła głęboki wdech,
aby na mnie nie krzyknąć.
-Zostałyście
adoptowane, sąd wyraził zgodę, macie nowy dom- wyjaśniła.
Nowy dom. Tak
prawdziwy dom? Ktoś zechciał nas zabrać, kto?
-Teraz spokojnie-
powiedziała cicho.- Waszym nowym opiekunem prawnym jest niejaki Louis
Tomlinson, czyli wasz brat.
Samantha pisnęła na
wieść, że nie będzie musiała zostać w ośrodku, ale gdy dowiedziała się kto ją
stamtąd uwalnia, nieco zrzedła jej mina. Czyżby też żywiła niechęć do niego?
Teraz nagle przypomniał
sobie, że ma siostry? Zostawił mnie cztery lat temu, gdy mała była jeszcze w
brzuchu matki.. Ojciec zabrał jego, nie mnie. Teraz chce to naprawić? Czy jest
aż takim idiotą? Nie chcę go znać. Czekałam cały czas, aż wróci, przeliczyłam
się. Nigdy mnie nawet nie odwiedził, jakby zapomniał, że żyję, że istnieję. To,
że zyskał sławę nie znaczy, że zyska też mnie. Skazał mnie na życie z matką,
nie wybaczę mu tego nigdy. Chciałam, zawsze chciałam, aby wrócił. Godzinami
stałam przed drzwiami marząc, by nagle wybiegł zza zakrętu, przytulił mnie, jak
zawsze i zabrał od tej kobiety. Przeliczyłam się…
Moje marzenia o domu
legły w gruzach.
*
Louis wrócił z
pogrzebu całkowicie przybity. Nic do niego nie docierało, był załamany. Nie
wiem czemu, ale nie sądzę żeby chodziło tu o śmierć matki. To było coś znacznie
trudniejszego. To wymagało od niego podjęcia decyzji.
-Mam dla was
wiadomość chłopcy- po raz pierwszy się odezwał. Położyłem mu rękę na ramieniu,
aby mu pomóc, wesprzeć go. Był strasznie spięty, nigdy go takiego nie
widziałem.- Za kilka dni wprowadzą się tu moje siostry.
-To mamy się cieszyć,
czy rozpaczać?- zażartował Niall. Liam posłał mu wymowne spojrzenie, wiedział
że Louis nie jest w nastroju do żartów.
Tomlinson ruszył w
stronę kuchni, pobiegłem za nim.
-Ona mnie nienawidzi-
rozpłakał się Louis.- Złamałem obietnicę.
-Lou, cicho, na pewno nie jest tak źle.-
Przytuliłem chłopaka, a ten rozpłakał się mocniej.
-Harry jest, jest aż
tak źle- co się pomiędzy tą dwójką wydarzyło?
Rozdział pierwszy- najnudniejszy. Zapraszam do komentowania
Dlaczego najnudniejszy?! Mnie się bardzo podoba, chyba aż za bardzo, bo się popłakałam. Jestem zbyt wrażliwa na takie rzeczy, ale i tak będę czytać Twoje opowiadanie z wielką chęcią. Będę komentować regularnie :P
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.!