We

We
Znalezione na deviantart//found on deviantart

piątek, 14 września 2012

Rozdział 3 „Żenada. Żenada to jedyne istniejące słowo opisujące zaistniałą sytuację.”



Rozdział 3

„Żenada. Żenada to jedyne istniejące słowo opisujące zaistniałą sytuację.”

Obudziły mnie ciepłe promienie wschodzącego słońca wpadające przez szyby okienne, których rolet zapomniałam wieczorem zasłonić. Uporczywe światło zmusiło mnie do powstania. Sam spała przytulona do mnie. Ten mały aniołek wyglądał obecnie jak zaczarowany. Przypominała porcelanowy posążek, który gdy tylko go strącisz, tłucze się. Delikatnie odczepiłam od siebie tę małą istotkę.
Udałam się w stronę mojej łazienki. Było to nieduże pomieszczenie z wanną umywalką, lustrem i kibelkiem, nic zaskakującego.
Nalałam wody do wanny i obserwowałam jak wanna napełnia się po brzegi. Zdjęłam pidżamę i zanurzyłam się w gorącej toni. Było bardzo cicho. Ciszy w domu prawie w ogóle nie słyszałam. Odgłosy pijackiej imprezy, upojnej nocy z nieznajomym, kłótni i obelg, bólu. Nimi wszystkimi karmiła mnie matka.
Po kilku minutach kąpieli wreszcie raczyłam wyjść. Wcale mi się do tego nie spieszyło, w wodzie było cudownie.
Udałam się do garderoby. Wygodne, szare,  dresowe spodnie, luźna, biała koszulka, jasne trampki i Voilà, gotowa. Włosy, zaraz po wysuszeniu, upięłam w koka, gdyż ich długość stanowczo by mi przeszkadzała w normalnym funkcjonowaniu.
Zeszłam na dół, do kuchni z zamiarem przyrządzenia sobie śniadania. Trafiłam na dobrą porę, gdyż z powodu wczesnej godziny chłopcy jeszcze smacznie spali.
Zajrzałam do lodówki. Nie było tam nic, dosłownie.
„Czyli dzisiaj jem na mieście”- pomyślałam wychodząc z mieszkania.
Nie zostawiłam informacji gdzie idę. Nikogo to raczej nie obejdzie, w szczególności mojego brata…
Skierowałam się w stronę centrum, a przynajmniej tak mi się wydaje. Coraz więcej ludzi, coraz więcej budynków, a za to coraz mniej roślinności świadczyło o dobrej decyzji co do drogi.
Dlaczego nie mogłam zostać w Domu Dziecka? Dlaczego nie mogłam zostać w moim mieście? Dlaczego mnie zabrał? Brakowało mi mojego lasku, mojego jeziorka, odkrytych przeze mnie zakamarków. Londyn jest mi bardzo obcy. Nikogo nie znam. Nigdy nie byłam jakoś zbytnio towarzyska, ale brakowało mi ludzi, których twarze codziennie witały mnie beznamiętnym „Dzień dobry”. Brakowało mi sąsiadki Betty, do której zawsze uciekałam, gdy mama była pijana, brakowało mi starego dozorcy Grinwalda, który wykłócał się z każdym, nawet za najbardziej błahe wykroczenie, brakowało mi staruszki Dorothy, z którą rozmawiałam, gdy tylko miałam jakiś problem. Tutaj każde miejsce, każda osoba, wszystko jest obce. To naprawdę dołujące.
Zaszłam do jakiejś małej kawiarenki tuż przy centrum. Zdziwiło mnie, że jest otwarta już o piątej rano. Zamówiłam kawę oraz jakieś ciastko i przypatrywałam się Londynowi. Nie jest to brzydkie miasto, wręcz przeciwnie – jest piękne, ma swój urok.
Nagle mój telefon rozdźwięczał oznajmiając nadejście sms’ a.
-„Gdzie ty się  do jasnej cholery podziewasz???”- brzmiała treść wiadomości przesłana z telefonu Louisa.
Odpisać mu czy nie?- oto jest pytanie. Wybrano opcję drugą.
Wyciszyłam komórkę, aby denerwujące dźwięki powiadomień dały mi spokój podczas tego spaceru. Chyba mogę mieć moment dla siebie?
Ciekawe jak mocno i czy w ogóle oberwie mi się za ignorowanie go? Matka by uderzyła, taty nie było, nauczyciel wstawiłby uwagę, a on co? Nakrzyczy? A może pouczy, dając długie, nudne przemówienie? Tak czy siak nie obchodzi mnie to, co ma być to będzie.
Ruszyłam w kierunku „domu”, o ile można to tak nazwać. Według mnie lepiej brzmiałoby : „obecne miejsce zamieszkania” lub „obecne lokum”, ale nie będę nikogo za słówka łapać, bo po co?
Nie spieszyło mi się zbytnio.  Powoli przebierałam nogami przypatrując się ludziom, których mijałam. Zakochane pary, rozwrzeszczane przyjaciółeczki i rodzice ze swoimi pociechami. Niby różni, ale jednak podobni. Wszystkich łączyła jedna rzecz, rzecz, której ja wyzbyłam się dawno- uśmiech. On wszyscy byli weseli. Oni wszyscy się cieszyli. Czy to maski, kryjące smutek, a czasem nawet rozpacz? Nie, to po prostu życie, które odwiedził, tak długo wyczekiwany , stary znajomy, szczęście. Oni już się naczekali, inni jeszcze czekają, aż w końcu zapuka do ich drzwi. Trochę im zazdroszczę. Uśmiechu, zabawy, szczęścia. Rzeczy tak bardzo potrzebnych w życiu, a jednak tak strasznie ulotnych. Czy też kiedyś ich zaznam choć w mniejszym stopniu?
Jestem już prawie na miejscu, gdy widzę brata, który czeka tuż przy furtce. Jest czerwony ze wściekłości, jednak na jego twarzy widzę niepokój. Czemu?
-Gdzieś ty się podziewała dziewczyno?- zauważył mnie.-  Dobra, nie tłumacz się, ale właź do domu!
-Mhm- mruknęłam w odpowiedzi i minęłam go w przejściu.
Odwiesiłam bluzę na wieszak stojący w przedpokoju, zdjęłam buty i ruszyłam do mojej sypialni.
-Gdzieś ty była?- usłyszałam głos brata, gdy tylko zamknęłam drzwi od pokoju.
-W mieście- krzyknęłam w odpowiedzi.
-Wpuść mnie do środka, ktoś się chce z tobą przywitać- powiedział głośno.
-Co zrobisz jak nie otworzę drzwi?- spytałam denerwując go mocniej.
-Przymknij się- uciszył mnie, a ja otworzyłam te cholerne drzwi.
-Cześć córciu- powiedziała osoba, o której moje mniemanie było najmniejsze spośród wszystkich. Do pokoju wszedł John.
Stałam tam i tylko patrzyłam. Po co on tu przyszedł? Jak on mnie nazwał?
-Już nie przywitasz się z tatą- zaśmiał się.
Niech się stąd wynosi, jak najprędzej. Nie chcę go widzieć, nie chcę go znać. Nienawidzę go…
-Raczej nie- warknęłam sucho.
-Oj kochanie, co się z tobą dzieje. Nigdy tak do mnie nie mówiłaś, co się stało?- zapytał z miną nadopiekuńczego ojca.- Nino kochanie powiedz coś.
-Coś- krzyknęłam.
-Nina- skarcił mnie brat.- Zachowuj się.
-Nie mów do mnie jak do małego dziecka, już nim nie jestem od dość dawna- zdenerwowałam się jego słowami, jego tonem.
Kiwnął głową.
-Teraz raczysz łaskawie wytłumaczyć mi gdzie się rano podziewałaś moja droga?- zapytał John tonem, który spokojnie mogłam uznać za surowy, rozkazujący.
-Nie muszę ci się tłumaczyć, nie jesteśmy ze sobą związani, nie odpowiadasz za mnie- próbowałam uspokoić się, aby nie krzyczeć, choć bardzo chciałam to robić.
-Ale ja za ciebie odpowiadam- niemalże niedosłyszalny głos mojego brata wypowiedział te słowa.- A więc?
-Skoro tak was to interesuje to byłam w kawiarni w centrum zjeść śniadanie- powiedziałam słodkim głosem pięciolatki.
- Mów normalnie- warknął Louis.- I nie możesz tak wychodzić nie mówiąc mi gdzie idziesz.
-Powtórzę to jeszcze raz: nie jestem małym dzieckiem, mam prawie siedemnaście lat- krzyknęłam na niego, gdyż doprowadzał mnie już do szału.
-Nie pokrzykuj na mnie!- rozkazał mi Louis.- Masz zakaz wychodzenia gdziekolwiek bez mojego pozwolenia.
-Że jak?!- zdziwiłam się nieco z takiego obrotu sprawy. To, że za mnie odpowiada nie znaczy, że musi mnie traktować jak niewiadomo kogo.- Będziesz mnie tu trzymał jak przestępcę w więzieniu o zaostrzonym rygorze?
-Nazwijmy to raczej tak, że jesteś Roszpunką zamkniętą w wierzy- uśmiechnął się do mnie naprawdę wrednie.
Wyszedł, a z nim John.
*
Siedzieliśmy w czwórkę na kanapie przysłuchując się kłótni rodzeństwa. Czy naprawdę tak złe stosunki panują między nimi? Co się takiego tam wydarzyło, że teraz nie potrafią się do siebie normalnie odezwać? Ja raczej bym tak nie umiał, w końcu to rodzina. Rodzina jest naprawdę ważna dla naszego wychowania. Dzięki niej stajemy się tym, kim jesteśmy. Uczy nas podejmować poprawne decyzje, uczy nas jak traktować innych, uczy nas jak żyć. To ona wprowadza nas w tajniki dorosłego życia, więc nie rozumiem jednego. Co wydarzyło się pomiędzy Niną a Louis’ em?  Co nie potoczyło się tak jak powinno? Czego w tej rodzinie zabrakło, a czego było zbyt wiele?
Usłyszałem cichy tupot na schodach. Podszedłem bliżej i zauważyłem przyczynę hałasu. Z piętra starała się zejść mała Sam, ale jakoś nie mogła sobie z tym poradzić. Wziąłem ją na ręce i sprowadziłem do nas na dół, do salonu.
-Zobaczcie kto do nas zawitał- powiedziałem do chłopaków.
-Cześć mała- jako pierwszy przy nas zjawił się Liam.
-Dzień dobry- uśmiechnęła się dziewczynka.
Posadziłem ją na podłodze i sam zająłem miejsce obok.
Była cała podenerwowana i przerażona. Patrzyła na nas tymi swoimi wielkimi oczkami, co chwilę odwracając się w stronę schodów. Przejmowała się ich kłótnią. Zapewne chciała, aby skończyli krzyczeć, zresztą każdy z nas chciał.
-Nie martw się maleńka, nic się nie dzieje- uśmiechnąłem się do dziewczynki najszerzej jak potrafiłem.
*
Żenada. Żenada to jedyne istniejące słowo opisujące zaistniałą sytuację. Bo jak nazwać inaczej widok Liam’ a i Niall’ a udających psy, goniące kota, którym jest Zayn. A dlaczego to wszystko? Aby zabawić tego małego smarkacza. Jakby nie mogła się zająć sama sobą, ale nie ona musi robić z moich przyjaciół idiotów. Jeszcze ta jej siostra. Nie dość, że atmosfera w domu jest już dość napięta to ona jeszcze musi kłócić się z Louis’ em. Ale on nie lepszy, emocji opanować nie umie. Czy tylko ja jestem w tym domu normalny?
W pewnym momencie do naszej gromady dołączył wściekły Louis. Podszedł do mnie i kazał pójść ze sobą na stronę.
Zaciągnął mnie do kuchni. Oparł się o blat stolika znajdującego się w niej i schował twarz w dłoniach.
-Ja nie dam rady. To zbyt wielka odpowiedzialność- wyszeptał tak cicho, że ledwo to usłyszałem.
-Nie przejmuj się, przecież ci pomożemy- zapewniłem chłopaka uśmiechając się pogodnie.
-Ale, ale…- jąkał się Louis patrząc na mnie zaszklonymi oczami.
To mój przyjaciel, nie mogę, nie chcę, nie umiem patrzeć na niego, gdy jest w takim stanie. Nie potrafię znieść jego cierpienia, nie zamierzam pozwolić by się aż tak stresował….
-Damy radę, obiecuję ci to- poklepałem chłopaka po ramieniu i ruszyłem w stronę salonu.
*
Ta mała jest przecudna. Tak słodkiego dziecka to ja jeszcze nie widziałem. Ciągle się uśmiecha i chce się bawić. Jest trochę jak mniejsza wersja Niall’ a. Taki słodki, mały skrzacik.
Ciekawe po co Louis zabrał Harry’ ego do kuchni.
Zastanawiał mnie jeden fakt. Czy Louis wytrzyma to wszystko, czy da sobie radę. Ma nas, no ale bądź co bądź rodzina to wielka odpowiedzialność. Może i jest już pełnoletni, ale nie oznacza to, że jest dojrzały. Uwielbia się czasem „zabawić”. Jest normalnym, młodym człowiekiem, który chętnie chadza do klubów, sięga po alkohol, a teraz musi jeszcze mieć pod opieką dwie młodsze siostry. Czy da sobie radę?
                                           
Krótszy niż reszta, ale jeszcze go lubię.... 

1 komentarz:

  1. Jeszcze trochę i umrę z zachwytu.! Powiedz mi, dlaczego ty tak dobrze piszesz?! Dziś się nie rozpisuję, ale następnym razem się poprawię :)
    Pozdro.!

    OdpowiedzUsuń